3 stycznia 2012

Konkurs na najpiękniejszą bajkę świąteczną - rozstrzygnięty!

Na konkurs "Zagubiony list do Świętego Mikołaja" napłynęło niemal 80 pięknych świątecznych opowieści. Zachęcamy do przeczytania trzech bajek, wyróżnionych nagrodami głównymi.

Bajka wyróżniona nagrodą główną, nadesłana przez Patrycję Białk

Do Wigilii zostały już tylko dwie noce i jeden dzień. W każdym domu pachniało pierniczkami a okna aż lśniły od ozdobnych lampek. Dzieci dawno już spały i śniły o śniegu, który w tym roku spóźniał się niesamowicie. Na biurkach obok ich łóżek leżały kredki, którymi narysowały prezenty w listach do świętego Mikołaja.

Wysoko, wysoko na niebie, na puchatej chmurce spały smacznie płatki śniegu. Duże i małe, białe i bielsze, grube i chude, wszystkie razem. Zbierały siły, bo następnego dnia miały spaść na ziemię i ozdobić ją, tak jak ludzie zdobili swoje okna. Małe Śnieżynki miały wielki problem, żeby zasnąć, bardzo chciały już zamienić się w bałwana albo pobawić w bitwę na kulki. Nagle jedna Śnieżynka obudziła się słysząc płacz. Dochodził z lasu, dokładnie pod chmurką, na której spała. Obudziła więc swoich przyjaciół i razem postanowili, że pójdą na ziemię sprawdzić, kto jest taki smutny na dzień przed Wigilią. Jak postanowili, tak też zrobili. W jednej chwili, na trzy cztery, Śnieżynki zeskoczyły z chmurki. Gwiazdki wesoło mrugały do nich, na co Śnieżynki odpowiadały błyszcząc brokatowymi płaszczykami. Najmniejsze śmiały się głośno, fruwały tu i tam, ganiały się i bawiły w chowanego. Duże śnieżynki tańczyły z Wiatrem, który dmuchał delikatnie w rytm walczyka. Przyleciały też Sikorki, które zabierały płatki śniegu na swoje skrzydła, dołączając do zabawy. Granatowe niebo tętniło życiem, a ta magiczna atmosfera udzieliła się również Księżycowi, który uśmiechnął się od ucha do ucha. Po krótkiej chwili wszystkie Śnieżynki opadły na ziemię w gęstym lesie. Królowa Śnieżynka zebrała całą grupę i nasłuchując, skąd dochodzi płacz, skierowała przyjaciół w jego stronę. Sikorki, które od samej chmurki towarzyszyły śniegowym płatkom, poleciały na zwiady. Z wysokości łatwiej im było zobaczyć, gdzie schowała się szlochająca postać. Księżyc widząc, że Śnieżynki próbują kogoś znaleźć w ciemnym lesie, przysunął się do Ziemi oświetlając ją nieco. Z pomocą swoich przyjaciół Śnieżynki dotarły do celu.

Pośród dębów i brzóz stała mała Choinka. Była tak zajęta płaczem, że nie zauważyła jak nagle koło niej zebrały się wszystkie Śnieżynki i Sikorki. Ptaszki usiadły na jej gałązkach i zaczęły radośnie śpiewać. Choinka zdziwiona, że tak późną nocą ktoś jeszcze nie śpi, spytała: - Czemu nie śpicie, moi mali przyjaciele? Co prawda zrobiło się nieco jaśniej, ale to ciągle noc, nie dzień! - Obudził nas Twój płacz. Przyszliśmy spytać, jak możemy Ci pomóc – odpowiedziała Królowa Śnieżynek. - Bardzo przepraszam, nie chciałam nikogo obudzić! Będę płakała ciszej i już nie będę Wam przeszkadzać. - Ależ nie wygłupiaj się, Choinko! Powiedz nam lepiej, czemu Ci tak smutno? - kontynuowała Królowa Śnieżynek! Choinka jeszcze bardziej posmutniała, ale nic nie odpowiedziała. Małe Śnieżynki podskoczyły tak wysoko, jak tylko umiały i zaczęły biegać po gałązkach Choinki, gilgocząc Ją przy tym po igiełkach. Choinka zaczęła się śmiać, cała bujała się na boki pod wpływem łaskotek. - Bardzo Wam dziękuję za poprawienie humoru! Czy moglibyście zostać ze mną w święta? Jak widzicie jestem ostatnią choinką w lesie. Ludzie wybrali co ładniejsze i już dawno stoją ustrojone u nich w domach. A ja zostałam sama i bardzo mi smutno, że będę musiała spędzić te święta w lesie. - Kochana przyjaciółko, nie martw się! Jeśli napisałaś list do świętego Mikołaja, że chciałabyś być pięknie ustrojona i stać przy ciepłym kominku w domu wesołej rodziny, to Mikołaj na pewno spełni Twoje życzenie! – powiedziała najmniejsza Śnieżynka, która jest zawsze grzeczna i Gwiazdor daje jej wszystkie prezenty, które narysuje w swoim liście.
- Cały rok byłam grzeczna i list też napisałam, ale brzozy, o te tam, przy rzece, zabrały go, jak spałam. Zrobiły z niego statek i puściły wraz z nurtem rzeki. Teraz jest już za późno, żeby napisać nowy!

Jak widać Choinka nie wiedziała, że Mikołaj w swoim domu ma wielkie ucho, którym nasłuchuje, czy dzieci są grzeczne i nie robi tego tylko przed Wigilią, ale przez cały rok. Jeśli Choinka naprawdę dobrze się zachowywała, to Mikołaj już dawno przygotował dla niej prezent, o jakim marzyła, bo oprócz wielkiego ucha Mikołaj ma w swoim domu również dużą rękę do pisania i kolorowe kartki, na których ręka pisze imiona dzieci a pod spodem prezenty, o których mówią przez cały rok. Wiedziały o tym Śnieżynki, które jednak nie chciały w tak prosty sposób poprawić humoru Choince. Wpadły na dużo, dużo lepszy pomysł. Królowa Śnieżynek zawołała wiatr, by lekkimi podmuchami ulepił ze wszystkich małych Śnieżynek bałwana na kształt choinki. Wtedy Sikorki poznosiły szyszki i drobne gałązki, którymi ozdobiły nowego bałwana. Przyleciały też świecące świetliki i tak oto koło prawdziwej, pachnącej choinki stanął bałwan, który wyglądał jak jego brat bliźniak. Był on jednak pięknie ozdobiony i widać go było z daleka. Śnieżynki chciały w ten sposób zapewnić Choince towarzystwo a blask świetlików, które udawały lampki, miał zwabić ludzi, którzy przyjdą do lasu w poszukiwaniu choinek.

Wcześnie rano, kiedy wszystkie dzieci jeszcze słodko spały, rodzice dzielili się obowiązkami w przygotowaniu świąt. W pewnej rodzinie wciąż nie było choinki, więc tata wyruszył do lasu z nadzieją, że jeszcze jakąś znajdzie. Od samego początku lasu tata widział jakiś dziwny blask, postanowił iść w jego stronę. Po kilku minutach marszu znalazł bałwanka-choinkę. Piękne łańcuchy z gałązek, bombki z szyszek i orzechów no i piękne lampki, którymi były świetliki. Tata zastanawiał się przez chwilkę, jak ją przenieść do domu, gdy świetliki wzleciały do nieba i wróciły z powrotem, tym razem siadając na prawdziwej choince. Na naszej Choince! Tata pozbierał leśne ozdoby, ściął Choinkę i zabrał ją do domu.

Tak oto w każdym domu stała piękna choinka, wszystkie dzieci dostały prezenty a nasza Choinka była najszczęśliwszą choinką na całym świecie.

Bajka wyróżniona II nagrodą, nadesłana przez Aleksandrę Hnat

- Święty Mikołaju! Święty Mikołaju! - krzyczał krasnal Ignacy, biegnąc korytarzem w kwaterze Świętego Mikołaja na Biegunie Północnym. Święty Mikołaj siadał właśnie do śniadania wraz z Panią Mikołajową. Zdziwiony takimi krzykami o poranku, spojrzał na drzwi wejściowe. Zdyszany stanął w nich krasnal Ignacy. W ręku trzymał pognieciony kawałek papieru. - Drogi Ignacy, czemu tak krzyczysz z samego rana? Cóż takiego się stało? Ignacy zrazu nie mógł wydobyć z siebie głosu. Stał tylko i głośno dyszał. Korytarze w kwaterze Świętego Mikołaja są mianowicie bardzo długie. Krasnal przebiegł więc kawał drogi i w dodatku nie jadł jeszcze śniadania. - Święty Mikołaju – odezwał się w końcu Ignacy - Znaleziono zagubiony list. - Jaki list? - zdziwił się Mikołaj coraz bardziej zniecierpliwiony. Pani Mikołajowa zrobiła mu właśnie jego ulubioną jajecznicę, a on nie mógł usiąść do stołu z powodu jakiegoś listu. - Zagubiony list do Świętego Mikołaja! - odparł smutno Ignacy. Usłyszawszy te słowa, Święty Mikołaj zapomniał o głodzie. - Jak to możliwe?! - zapytał przerażony i nie czekając na odpowiedź Ignacego, dodał – Czy to znaczy, że w zeszłe święta jakieś dziecko nie dostało ode mnie prezentu? Ignacy nie odpowiedział, jedynie zakłopotany wbił wzrok w podłogę. - Oj, Ignacy, powiedz mi proszę, jak do tego doszło. - List został napisany przez Wojtusia z Polski – zaczął nieśmiało Ignacy. - Dotarł na Biegun Północy na czas, przed świętami, ale niestety zagubił się w naszej sali pocztowej... Wpadł za szafę i dopiero dzisiaj przypadkowo został odnaleziony.- Ach tak – odpowiedział Święty Mikołaj. Domyślał się, że list sam się nie zagubił. Jeden z krasnali musiał go zapodziać. Poszukiwanie winnego postanowił odłożyć na później. Najpierw należało rozwiązać problem niedostarczonego prezentu. - Wojtusiowi musiało być bardzo przykro, gdy w święta nie znalazł niczego pod choinką. - I właśnie dlatego uważam, że musimy jak najszybciej dostarczyć mu prezent. - Ależ, Ignacy! - zawołała Pani Mikołajowa. - Przecież jest już maj, od świąt minęło dużo czasu. - Nie szkodzi, moja droga – zwrócił się Święty Mikołaj do żony – Każde dziecko, które napisze do Mikołaja, musi zostać obdarowane. Ignacy, a czego życzył sobie Wojtuś? - Prosił o drewnianą kolejkę. Sprawdziłem w magazynie i wygląda na to, że mamy jeszcze kilka takich kolejek w zapasie. W zeszłym roku skrzaty zrobiły ich bardzo dużo. - Doskonale – Święty Mikołaj klasnął w ręce – Zatem czeka mnie wycieczka do Polski... O co chodzi Ignacy? - Mikołaj zauważył, że Ignacy ponownie wbił wzrok w ziemię. - Za kilka dni przychodzi dostawa drewna, z którego i w tym roku skrzaty strugać będą zabawki. A ty, Święty Mikołaju, miałeś tę dostawę nadzorować. - Racja! Zapomniałbym o tym! - Ja chętnie cię zastąpię i dostarczę prezent Wojtusiowi – dodał krasnal nieśmiało. Świętemu Mikołajowi spodobał się pomysł Ignacego. Był już przecież maj; Mikołaj w swoich saniach zwróciłby pewnie uwagę, a na takiego małego krasnala ludzie nie będą zważać. Mikołaj zaprosił Ignacego do stołu, gdzie jedząc pyszną jajecznicę Pani Mikołajowej, omówili plan wyjazdu.

Nazajutrz Ignacy wyruszył do Polski. Do swoich sań zaprzęgł dwa renifery, Kometka i Błyskawicznego. Wiózł tylko jeden prezent, więc nie potrzebował ani dużych sań, ani wszystkich reniferów. - W drogę drogie renifery! Pędź Kometku, śmigaj Błyskawiczny. Musimy czym prędzej dostarczyć ten prezent. - Według adresu podanego na kopercie, Wojtuś mieszkał w Krakowie. Tam więc Ignacy skierował swe sanie. Zanim się obejrzał, leciał już nad Wawelem, a chwilę później wylądował na dachu domu Wojtusia. Zapadał już wieczór, więc w mroku nie widać było ani sani, ani Ignacego. Krasnal wziął prezent pod pachę i cichutko podszedł do jednego z okien. Ku jego wielkiemu zdziwieniu i niezadowoleniu dom był całkiem pusty, jakby nikt w nim nie mieszkał. - Jak to możliwe!? - krzyknął Ignacy, zapominając, że ktoś może go usłyszeć. - Przecież na kopercie podany jest ten właśnie adres. - Gru, gru, gru... - na dachu przycupnął Pan Gołąb. - A możliwe to, możliwe. Gru, gru. Wojtuś i jego rodzice wyprowadzili się stąd. Gru, gru, gru... - Ojojoj – zasmucił się Ignacy – A kiedy to było? - Gru, gru, gru...- zadumał się Pan Gołąb. - Dawno...gru, gru... zdaje mi się, że zaraz po świętach. Tak, gru, gru...w grudniu to było. Pan Gołąb sfrunął z dachu na trawnik i zaczął dziobać w ziemi, raz po raz powtarzając do siebie „Gru, gru, gru w grudniu. Gru, gru gru w grudniu.” „I co teraz począć?” zastanawiał się Ignacy. Nie chciał się tak szybko poddawać i od razu wracać na Biegun Północny. Postanowił poszukać Wojtusia. - Przepraszam, szanowny Panie – zawołał do Pana Gołębia. - A wie Pan może dokąd wyprowadził się Wojtuś? - Gru, gru, gru – znowu zadumał się Pan Gołąb. - Gru, gru, gru... nie wiem, ale proszę zapytać wróbli. Może one będą wiedzieć. Gru, gru, gru – dodał Pan Gołąb i odleciał.- Wróbli? A gdzie znajdę te wróble!? - zawołał Ignacy, ale Pana Gołębia już nie było.

Zrezygnowany krasnal usiadł na dachu i spuścił smutno głowę. Po chwili jednak usłyszał ćwierkanie. Nadstawił uszu. „Tak, to zdecydowanie ćwierkanie wróbli” - pomyślał uradowany. Odgłosy dochodziły z pobliskiego drzewa. Ignacy wskoczył więc na sanie i podleciał na jedną z gałęzi. Ćwierkanie ustało. Wszystkie wróble spojrzały zdziwione na sanie i renifery, po czym wybuchły śmiechem. - Hi, hi, hi, ćwir, ćwir, ćwir, hi, hi, hi. Co ty, krasnal, z choinki się urwałeś?! Hi, hi, hi. Renifery w maju? - zaćwierkał jeden z wróbli.- To długa historia – zmieszał się Ignacy. - Szukam Wojtusia, który jeszcze kilka miesięcy temu tutaj mieszkał. Czy wiecie może Panowie, dokąd się wyprowadził? - A, Wojtuś! - zawołał drugi wróbel. - Ale za nim tęsknimy. Ćwir, ćwir. To był taki miły chłopiec. - Oj, tak, tak _– zawtórowały pozostałe wróble. - _Ćwir, ćwir. - Zawsze dawał nam takie smaczne ziarenka. Ćwir, ćwir. - A wiecie gdzie teraz mieszka? - Ignacy przerwał wróblom to ćwierkanie. Mam dla niego prezent. - Gdzie mieszka? Ćwir, ćwir... gdzie mieszka? - wróble spojrzały po sobie. - Któryś z was wie, chłopaki? - Ja wiem, ćwir, ćwir – odezwał się najmniejszy z wróbli. - Słyszałem jak tata Wojtusia mówił, że przeprowadzają się do Wrocławia, na ulicę Orlą. Ćwir, ćwir.- Dziękuję wam bardzo! - Zawołał uradowany Ignacy, po czym wskoczył na sanie i odleciał. Usłyszał jeszcze tylko jak jeden z wróbli powiedział: Orla? Ćwir, ćwir, biedny Wojtuś. Orły to okropne ptaszyska. Ćwir, ćwir...

Kometek i Błyskawiczny w mgnieniu oka dotarły do Wrocławia. Ignacy szybko odnalazł ulicę Orlą i dom, w którym miał teraz mieszkać Wojtek. Dach był zbyt stromy, więc renifery wylądowały na trawniku. Ignacy ponownie wziął prezent pod pachę i zerknął przez okno. Tym razem w domu świeciło się światło. „Tutaj na pewno ktoś mieszka” pomyślał krasnal z zadowoleniem. - Teraz tylko szybko muszę odnaleźć pokój Wojtusia i zaraz wracam do domu– szepnął Ignacy, wspinając się na parapet. Już miał wejść do środka, gdy usłyszał ciche piszczenie. Rozejrzał się zdziwiony. - Pi, pi, pi... nie znajdziesz tutaj Wojtusia. Pi, pi, pi... - pod oknem siedziała Pani Myszka i skubała kawałek żółtego sera. - Czyżbym trafił pod zły adres?- Pi, pi, pi... adres jest dobry... pi, pi... Wojtuś mieszkał tu jeszcze miesiąc temu, ale wyprowadził się z rodzicami do nowego domu. Tutaj mieszka już tylko jego babcia. Pi, pi, pi... Bardzo miła ta babcia Wojtusia. Pi, pi. Zawsze zostawi mi kawałek serka. Ignacy myślał, że się rozpłacze. Znowu przybył za późno. Rozczarowany usiadł na parapecie. - A wie Pani może, Pani Myszko, gdzie znajduje się ten nowy dom Wojtusia?- Pi, pi... gdzie? Oj, gdzie... pi, pi – Pani Myszka na chwilę przerwała skubanie serka i głęboko się zamyśliła. -Pi, pi, nie wiem. Zrezygnowany Ignacy poczłapał do swoich sań. Już miał odlecieć, gdy ponownie usłyszał ciche piszczenie: Pi, pi, może ona wie... pi, pi, ta ruda...pi, pi. - Ruda?- zdziwił się krasnal. -Pi, pi... Pani Wiewiórka. Wojtuś dawał jej orzeszki. Może powiedział jej, dokąd się wyprowadza. Pi, pi._W Ignacym odżyła nadzieja. - Może jeszcze uda mi się odnaleźć Wojtusia!_ Pani Wiewiórka, mimo że zajęta zbieraniem szyszek, bardzo chciała pomóc Ignacemu. Jednak również ona nie wiedziała, gdzie mieszka teraz Wojtuś. Smutny Ignacy wsiadał już do sań, gdy Pani Wiewiórka zawołała: - Zaraz, zaraz! Coś sobie przypominam! - z wrażenia upuściła szyszkę. Krasnal z ciekawością nadstawił uszu. - Wydaje mi się – kontynuowała Pani Wiewiórka - że ten chłopczyk przez jakiś czas chodził do pobliskiego przedszkola. Widziałam go pewnego dnia, gdy siedziałam na wierzbie rosnącej na placu zabaw... Tak, to chyba był Wojtuś. - Pani Wiewiórka podrapała się za uchem, podniosła z ziemi swoją szyszkę i uciekła na drzewo.

Ignacy tracił już nadzieję na odnalezienie Wojtusia, ale mimo wszystko skierował sanie do przedszkola. Dochodziła dopiero szósta rano, więc przedszkole było jeszcze zamknięte. Po wylądowaniu na dachu Ignacy, bardzo zmęczony całonocnymi poszukiwaniami, postanowił się zdrzemnąć. Obudziło go głośne mlaskanie. Otworzył jedno oko i przerażony zerwał się na równe nogi. Tuż obok siedział wielki kot i oblizywał sobie pazurki. -Dzień dobry, Panie Kocie – powiedział grzecznie Ignacy, bojąc się, że stanie się kocim śniadaniem. - Miaułłł... - odpowiedział tylko Pan Kot i dalej lizał pazurki. Krasnal zauważył, że w międzyczasie przedszkole zostało otwarte. Na podwórku bawiły się dzieci. - A który chłopiec to Wojtuś? - podrapał się po głowie Ignacy. Usłyszawszy słowa krasnala, Pan Kot przestał lizać pazurki – Miaułłłł... Nie ma tam Wojtusia – odpowiedział, przeciągając się długo. - Jest Pan tego pewien? - zapytał podejrzliwie Ignacy. - Oczywiście, że tak. Miaułłł. Na podwórku bawią się Tomek, Krzysiu, Piotruś, Radek i Wiktorek. Wojtka tam nie ma! Mieszkam tu wiele lat i znam wszystkie dzieci! - oburzył się Pan Kot. - Nie chciałem Pana urazić – zawstydził się Ignacy. - Pani Wiewiórka powiedziała mi, że widziała tutaj Wojtusia. - Ach, ta Pani Wiewiórka – prychnął Pan Kot. - Ona ma słaby wzrok – dodał i wrócił do lizania pazurków. Ignacy zrozumiał, że musi się poddać. Ślad Wojtusia się urwał. „Słaby ze mnie detektyw” pomyślał i postanowił wracać do domu.

Święty Mikołaj czekał już na niego na Biegunie Północnym i bardzo się martwił długą nieobecnością krasnala. Gdy Ignacy stanął w jego drzwiach, Mikołaj aż podskoczył z radości. - No, nareszcie jesteś, kochany Ignacy! A cóż to za smutna mina? - zdziwił się Święty, zauważywszy łzy w oczach krasnala. Ignacy opowiedział Mikołajowi o swoich poszukiwaniach i wszystkich zwierzętach, które spotkał. - Trzeba przyznać, że zwierzęta w Polsce są bardzo miłe i pomocne – stwierdził Święty Mikołaj z uśmiechem. - Ignacy, nie przejmuj się. Starałeś się odnaleźć Wojtusia, a to jest najważniejsze. Dziękuję ci bardzo, że podjąłeś się tego zadania. A teraz chodź do stołu. Wyglądasz na bardzo głodnego. Pani Mikołajowa zrobi ci wielką jajecznicę. Mijały kolejne miesiące, aż w końcu nadeszła zima. Zbliżały się Święta, wiec wszystkie skrzaty i krasnale zajęte były przygotowaniami do wielkiej świątecznej wyprawy Świętego Mikołaja. Pewnego zimnego grudniowego poranka Mikołaj siadał właśnie do śniadania z Panią Mikołajową, gdy do jego uszu dobiegły krzyki: - Święty Mikołaju! Święty Mikołaju! - w drzwiach, tak jak kilka miesięcy wcześniej, stanął zdyszany Ignacy. I tym razem trzymał w ręku kawałek papieru. - O, nie!- zawołał Mikołaj – Kolejny zagubiony list? Ignacy uśmiechnął się szeroko: - Nie! To jest nowy list od Wojtusia! Tym razem jest tu jego aktualny adres. - Co pisze!? - zawołała Pani Mikołajowa. Ignacy odchrząknął, po czy zaczął czytać list.

Drogi Święty Mikołaju, W tym roku proszę o deskorolkę. Mój kolega Adaś powiedział, że nauczy mnie na niej jeździć. Dziękuję i pozdrawiam, Wojtek PS. W zeszłym roku nie dostałem od Ciebie prezentu. Tata mówi, że łobuziak ze mnie, więc to chyba dlatego. W tym roku byłem już naprawdę grzeczny. Możesz spytać mamy i taty, no i pani z przedszkola.

Święty Mikołaj zaśmiał się serdecznie – I co my z tym łobuziakiem Wojtusiem zrobimy?

Jaka była radość Wojtusia, gdy w wieczór wigilijny zajrzał pod choinkę i zobaczył tam dwa prezenty: kolejkę i deskorolkę. Bo przecież każde dziecko, które napisze do Świętego Mikołaja, zostanie obdarowane.

Bajka wyróżniona III nagrodą, nadesłana przez Katarzynę Mitas

Był sobie pies. Taki zwyczajny kundel o imieniu Ciapek. Imię absolutnie do niego pasowało, bo od urodzenia prześladował go pewien rodzaj psiego pecha. Jeśli mógł coś przewrócić – przewracał, jeśli mógł wpaść w kałużę – wpadał, jeśli mógł zgubić list do Mikołaja… – a zresztą, posłuchajcie.

Ciapek był psem szkolnej dozorczyni, pani Jasi. Dzieci ją uwielbiały, bo z pozoru groźna, okazywała się ich najlepszą powierniczką. Ostrzegała o niezapowiedzianych kartkówkach, wspierała w przypadku zawsze niesprawiedliwych jedynek i ratowała pyszną wodą z malinowym sokiem, jeśli zabrakło drobnych na napój w szkolnym sklepiku. Ciapek, jako jej wierny towarzysz, obserwował dzieci z wielką uwagą. W zamian pozwalał się głaskać i klepać po łbie.

Pewnego zimowego dnia do pani Jasi przybiegły dzieci, żeby opowiedzieć o wspaniałym zadaniu domowym, jakie kazała im zrobić wychowawczyni. - No mówcie mi tu zaraz, co to za niezwykłe zadanie, aż mi się wierzyć nie chce, żebyście się cieszyli na odrabianie lekcji – powiedziała z uśmiechem dozorczyni. Dzieci szybko wyjaśniły, że muszą napisać list do Świętego Mikołaja – najpiękniej jak potrafią. Ciapek z otwartym pyskiem słuchał opowieści o magicznym dziadku z długą białą brodą, który przynosi prezenty. Postanowił, że też napisze taki list. Może ten Mikołaj przynosi też prezenty małym grzecznym pieskom? – zastanawiał się po cichu. A o czym marzył Ciapek? Najbardziej na świecie chciał dostać wieeelką smaczną kość, oprócz tego rybę, kiełbaskę i… gotowaną marchewkę, która była jego ulubionym przysmakiem. Na końcu listy dopisał piszczącą zabawkę do gryzienia i dumny popatrzył na swoje dzieło. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie poplamił listu błotem z nieotrzepanych łap i nie zrobił kilku dziur pazurami. Całość jednak wyglądała całkiem znośnie. Ciapek postanowił, że następnego dnia wrzuci niepostrzeżenie kartkę do pudła, które zostało przygotowane na listy dzieci.

Niestety – rano kartki nie było. Przeszukał wszystkie zakamarki niewielkiego mieszkanka pani Jasi. Zajrzał nawet do kosza, za co dostał po uszach. List zaginął! To mogło się zdarzyć tylko mnie – pomyślał ze smutkiem Ciapek i powlókł się za swoją panią do szkoły. Nie cieszyły go radośnie biegające dzieci, a żeby nie zostać pogłaskanym wszedł głęboko pod fotel dozorczyni. Bardzo liczył na to, że też dostanie prezent od Świętego Mikołaja… Gdy dzień minął, powlókł się do domu i postanowił jak najszybciej iść spać. Pani Jasia patrzyła na niego badawczo, zapytała nawet, czy nie jest przypadkiem chory. Ciapek tylko żałośnie zaskomlił, zwinął się w kuleczkę i zasnął w swoim koszyku.

Następnego dnia w szkole dzieci przekrzykiwały się w opowiadaniu o otrzymanych prezentach – wiele z nich Mikołaj odwiedził osobiście. Ciapek płakał cichutko pod fotelem. Gdy już wszystkie dzieci wyszły ze szkoły, pani Jasia przyniosła jakiś pakunek. Był owinięty czerwonym papierem w złote gwiazdki i podpisany „Dla Ciapka”. Ciapek nawet się ucieszył, że jakieś dziecko ma takie samo imię jak on, ale po chwili wrócił do smucenia się. Pani Jasia wyciągnęła go spod fotela i głośno powiedziała prosto w mokry nos: - Ciapek, Mikołaj przyniósł ci prezent, naprawdę cię to nie obchodzi? Ciapek wyrwał się jej z rąk i rzucił z radością na pudło. Szybko uporał się z opakowaniem, a to, co odkrył w środku przyprawiło go o zawrót psiej głowy. Wielka kość, ryba, kiełbasa, gotowana marchewka, a nawet piszcząca zabawka – wszystko to, o czym tak bardzo marzył znajdowało się tuż przed oczami! -No co się tak dziwisz Ciapek? Mikołaj wie, kiedy piszesz do niego list. Czeka tylko aż zaśniesz i zabiera go szybciutko. Szczególnie wtedy, gdy pisze do niego najgrzeczniejszy i najukochańszy piesek świata– dozorczyni pocałowała Ciapka w łebek i poszła zamknąć szatnię. A pies siedział z wielką kością w pysku. Tak bardzo radosny, że Święty Mikołaj o nim nie zapomniał.

Marzenia się spełniają. Nawet jak się ma psiego pecha… Wesołych Świąt!

Forum